Józef Montwiłł-Mirecki (1879-1908) bojowiec PPS i jeden z dowódców w Organizacji Bojowej, bohater walk o niepodległość i socjalizm.
Urodził się 27. lutego 1879 roku w majątku Kłonówek koło Radomia. Pochodził z zamożnej rodziny ziemiańskiej, ojciec był oficerem armii carskiej i wrogiem konspirowania przeciw carowi. To matka, wychowana w tradycji powstania styczniowego 1863 roku, miał wpływ na patriotyczne ukształtowanie przyszłego bohatera walk o niepodległość i socjalizm. Według słów matki mały Józio „z natury był nieśmiały i małomówny, a do czynu stanowczy i energiczny”, i to mu zostało na resztę życia. Jak wspominali jego towarzysze z podziemnej PPS, prywatnie był skryty i małomówny, wręcz nieśmiały. „Prawda, jestem nieśmiały, ale odważny” – mówił sam Mirecki.
Jak udowdnił swoim życiem, nie rzucał takich deklaracji na wiatr. Jego odwaga przeszła do legendy walk o niepodległość. Przed pójściem w bój, Mirecki miał zwyczaj tak instruować swoich podkomendnych: „Chłopcy, należy bić się do ostatka, nie zważając na rany, z wyprutymi kiszkami, przytrzymując jedną dłonią bebechy, można drugą strzelać znakomicie i skutecznie. Gdybym padł, każdy niech robi dalej swoje, proszę was tylko na odchodnym, włóżcie mi kluskę (nabój dynamitowy) w gębę i zapalcie”. Jednocześnie podczas akcji bojowych czynił wszystko, by oszczędzić niepotrzebnych ofiar. Uważał, że jako dowódca to on pierwszy musi iść w ogień i to on z pola walki schodzić musi ostatni. “Szybkość decyzji, panowanie nad sobą, niewzruszony spokój w najgroźniejszych momentach zdumiewały najodważniejszych z odważnych” – tak wspominał Mireckiego słynny pisarz Gustaw Daniłowski.
Montwiłł z PPS zetknął się po raz pierwszy w gimnazjum, będąc członkiem tajnych kółek samokształceniowych, założonych przez Kazimierza Kelles-Krauza. Jego przynależność do partii datuje się na rok 1900. Pierwsze lata życia były pełne beztroski, ale jako 17-latek stracił grunt pod nogami. Przełom wieków XIX i XX to czas dość burzliwy czas w jego w życiu. Wyrzucany ze szkoły, pracy, aresztowany podczas obowiązkowej służby wojskowej, głównie za działalność “wywrotową” wobec okupanta. Przesiedział trochę czasu w aresztach w Piotrkowie i Radomiu. Gdy był wolny mieszkał i pracował m.in. w Dąbrowie Górniczej czy w zagłębiu naftowym w Borysławiu, gdzie robotnicy żyjący w potwornych warunkach, wydobywali ropę.
W lutym 1904 roku otarł się o zsyłkę na Sybir. Uratowało go wojna rosyjsko-japońska i wstrzymanie wywózek więźniów. Dostał propozycję wstąpienia do armii carskiej, którą odrzucił i trafił na wygnanie do północno-zachodniej części europejskiej Rosji.
“Pierwsze trzy miesiące mieszkałem w wiosce, później przeniosłem się do Wytegry, gdzie zastałem kilku zesłańców. Był pomiędzy nimi i taki, który mniemał, że PPS to właśnie narodowa demokracja, w której głównymi działaczami są … ogoleni księża! I że jedyną partią socjalistyczną jest „Proletariat”. O ile umiałem, tłumaczyłem, jak rzeczy stoją, i broniłem, zdaje się z dobrym skutkiem żądania Niepodległości.” W styczniu 1905 udało mu się uciec i przez wileńszczyznę oraz Warszawę dotarł do Krakowa. To właśnie podczas tej podróży zatrzymał się w guberni wileńskiej u bogatego ziemianina o nazwisku Montwiłł, który był świeżo po stracie syna. Mirecki przybrał nazwisko zmarłego i odtąd w konspiracji był znany jako “Montwiłł”. Innym jego pseudonimem był “Grzegorz”
Wiosną 1905 pojawił się w Warszawie i zaangażował w pracę konspiracyjnej PPS, brał np. udział w konferencji działaczy OB w lasach pod Milanówkiem. czy w Radzie Partyjnej PPS w Józefowie k/Warszawy. Szybko stanął na czele jednej z czterech grup bojowych (po ok. 20 osób każda) powołanych do zdobycia pieniędzy potrzebnych na działalność organizacji. Plan był taki by zaatakować jednocześnie 4 kasy powiatowe w Sokołowie, Węgrowie, Lubartowie i Opatowie. Pierwsze trzy akcje nie powiodły się. Pieniądze udało się zdobyć tylko grupie Montwiłła, która skonfiskowała ponad 12 tysięcy rubli. Podczas akcji zginęło dwóch stróżów, a dwóch bojowców zostało rannych.
W sierpniu 1905 roku Mirecki znów wpadł w ręce carskich policjantów. Jako delegat bojówki przybył na rozszerzone posiedzenie Warszawskiego OKR PPS, do mieszkania przy ul. Mokotowskiej 23, gdzie pojawiło się około 30 osób. To był kocioł. Ochrana wiedziała o tym zebraniu i przygotowano zasadzkę, zamykając ulicę. Montwiłl-Mirecki uciekał przez klatkę schodową, przedostał się na strych, a stamtąd na dach. Uciekając ostrzeliwał się, a gdy kończyła mu się amunicja postanowił popełnić samobójstwo. Ostatnim pociskiem strzelił sobie w głowę. Strzał był niecelny, kula strzaskała mu policzek. Ciężko rannego, broczącego krwią, ujęto na dachu i przewieziono do Cytadeli warszawskiej, a potem na Pawiak.
Pierwsza próba uwolnienia go ze szpitala nie wypaliła, ale za drugim razem się udało. W związku z operacją skierowany został do szpitala św. Ducha, skąd uciekł 18 października 1905, po czym wyjechał do Galicji.
Na przełomie 1905-1906 Montwiłł-Mirecki wstąpił do założonej przez Józefa Piłsudskiego szkoły bojowej PPS w Krakowie. Po jej ukończeniu został skierowane jako instruktor Organizacji Bojowej do pracy nielegalnej w Królestwie Polskim. Początkowo pełnił funkcję okręgowego w Płocku, a później kierownika okręgu bojowego w Łodzi. Wszędzie zajmował się doborem i szkoleniem młodych bojowców oraz przeprowadzaniem akcji zbrojnych.
W 1906 roku Montwiłł-Mirecki zorganizował cztery głośne akcje bojowe i osobiście nimi dowodził. Były to napad na furgon pocztowy pod Gostyninem w maju, lipcowy napad na pociąg pocztowy pod Pruszkowem, 15 sierpnia – akcje zbrojna tzw. „Krwawa środa” w Łodzi i okręgu łódzkim i wreszcie najsłynniejsza akcja, czyli napad na pociąg pocztowy w Rogowie z 8 listopada. Akcja była brawurowa i niebezpieczna. Łupem bojowców padło nieco ponad 30 tysięcy rubli. Po stronie rosyjskiej jeden żołnierz z konwoju został zabity i 18 było rannych. Na koniec akcji Montwiłł-Mirecki zarządził zbiórkę oddziału i w imieniu Wydziału Bojowego PPS podziękował wszystkim za ofiarną walkę i zaintonował odśpiewanie pierwszej zwrotki „Warszawianki”.
Jesienią 1906 po rozłamie w PPS bywał w mieszkaniu Stefanii i Wacława Sieroszewskich, gdzie odbywały się partyjne zebrania. Stefania Sieroszewska wspominała później: „imię Grzegorz, wymówione cichym głosem, nic mi nie powiedziało, choć zebranie było dość liczne, a kilku towarzyszy widziałam po raz pierwszy. Tyle woli wyrażały zaciśnięte usta Grzegorza, tyle ognia było w jego ciemnych oczach, tyle szlachetnej dumy w całej postaci i tyle jednocześnie opanowania w ruchach, że wciąż machinalnie powtarzałam w myśli: „Książę niezłomny! Książę niezłomny!” Takie samo wrażenie odniosła obecna wówczas przy herbacie matka moja, która od pierwszego spojrzenia darzyła Grzegorza szczególną sympatią. Gdy wszyscy się rozeszli, rzekłam do męża: „No, ale ten wysoki brunet z wysuniętą dolną wargą, to musi być numer!”. „Zgadłaś, to Montwiłł”. Serce załomotało mi w piersiach…”
W kolejnym 1907 roku rewolucja słabła, represje były coraz większe. Montwiłł zrobił dwie akcje i z zaboru rosyjskiego wyjechał znów do Krakowa, gdzie przebywał do października, kiedy to zdecydował, że walka musi trwać i, że wraca do Warszawy.
„Tak, Wacławie, jestem rewolucjonistą. Najzupełniej jestem przekonany, że państwo rosyjskie przeżywać będzie wkrótce taki moment dziejowy, w którym władza rządowa mocno się zachwieje, że my Polacy, będziemy musieli postawić zupełnie jasno określone jak najdalej idące żądania i żądania te w odpowiedniej chwili, z jak największą energią poprzeć siłą. Im więcej wówczas zdobędziemy swobód politycznych, tem więcej mieć będziemy i tem większą siłą stawać się będziemy…”, pisał przed powrotem do Warszawy pod koniec października, do brata Wacława, mieszkającego w Ameryce.
Życie na wolności trwało miesiąc. Oficjalnie występował jako obywatel ziemski z Lubelszczyzny pod nazwiskiem Stanisława Sawickiego i mieszkał żoną Marią, będąca wtedy w ciąży. Pod koniec listopada zostali oboje zatrzymani i osadzeni w X pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Mirecki w wilgotnej celi na parterze, zaś jego żona na I piętrze pod jedynką. Wytoczone mu zostały 3 procesy. W ostatnim z nich dostał karę śmierci za napad na pociąg wojskowy pod Łapami. W składzie sędziowskim było dwóch oficerów z tego pociągu. Dwa dni przed ogłoszeniem sentencji o karze śmierci pisał do towarzyszy:
“Z moją sprawą bynajmniej źle nie jest. Wam, się to dziwnym wyda, ale ja twierdzę, że jeżeliby mnie nawet powiesili, to chociaż w tych czasach każda egzekucja budzi niesmak i zniechęcenie, jednak stryk zarzucony na mą szyję miałby swoje bardzo dodatnie wrażenie. W tym co piszę nie ma ani krzty zarozumiałości. Patrzę na to tak obiektywnie, jakby tu mowa była nie o mojej lecz o jakiejś trzeciej osobie. W społeczeństwie jest sporo ludzi, którzy gadają, że działacze pchają innych pod kule i na szubienicę, a sami chowają się za cudze plecy, żyją jak magnaci, rozrzutnicy.”
W rozmowie ze swym obrońcą Stanisławem Patkiem powiedział:„Niech pan powie moim, współtowarzyszom, że gdybym żył po raz wtóry, to postępowałbym tak samo, jak postępowałem, niezależnie od grożącej za to kary śmierci”.
Został stracony 9 października 1908 roku na stokach warszawskiej Cytadeli. Wszedł na szubienicę wznosząc okrzyk: „NIECH ŻYJE NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI I WOLNOŚĆ LUDU PRACUJĄCEGO!”.
Do swoich towarzyszy z OB PPS pisał w ostatniej wiadomości “Idea niepodległości zawsze była przewodnią myślą mego życia i myśli tej nie zatraciłem nigdy”.
W 25-tą rocznicę jego śmierci na szubienicy Adam Próchnik pisał:
“Nieustraszony wódz organizacji bojowej PPS, był Mirecki uosobieniem niezłomnego charakteru, żelaznej woli, nieugiętej wiary w sprawę i bezwzględnej wierności dla idei socjalizmu i niepodległości. Był to rewolucjonista z krwi i kości, oddany całą duszą walce o wolność. Całe jego życie upłynęło w walce i śmierć również w walce nastąpiła. Nic piękniejszego, aniżeli ta prosta, bezkompromisowa droga jego życia. Mirecki to prawdziwy rycerz proletariatu, rycerz bez skazy i trwogi. Miał wszystkie cechy wodza rewolucji, odwagę i energię, rozsądek, poczucie odpowiedzialności, umiłowanie ideału i szlachetność. Z wodzów polskiego socjalizmu tak żyć i umierać umieli Waryńscy i Kuniccy.”
Kiedyś był powszechnie szanowanym symbolem walk o niepodległość. W międzywojniu jego imieniem nazwano nawet całe osiedle w Łodzi. Dziś Mirecki jest zapomniany. Nieustraszony bojownik o niepodległość i socjalizm kompletnie nie pasuje do potrzeb propagandowych prawicowej polityki historycznej.
Cytat na grafice to ostatnie słowa Montwiłła wykrzyczane pod szubienicą.
Fanty z Józefem Montwiłł-Mireckim tutaj:
https://lewackaszmata.pl/?s=montwi%C5%82%C5%82&post_type=product
